Krzysztof Figielski

Prace rysunkowe, graficzne, malarskie, ilustracje, logotypy i projekty wydawnicze

Teksty

Notatki z  Wrzechświata

Czerń i biel, a pomiędzy kosmos półcieni, oceany szarości i to co między Ziemią i Niebem. Drzewo. Porozmawiajmy więc o drzewach, jak chce autor wystawy. Lecz najpierw wejdźmy miedzy nie. Przypatrzmy się formom, fakturom tych ziemskich-nieziemskich istot. Bo tak też je traktuje Krzysztof Figielski. Jak współbraci, z którymi spędzamy dany nam tutaj Czas. Jego świat, który jawi się nam na tworzonych przez niego obrazach, to przede wszystkim przebogata przestrzeń wyobraźni. Uważna podróż wśród rzeczy podstawowych, odwiecznych. W dobie nachalnego naporu coraz to wymyślniejszych technologii, artysta najchętniej używa chińskiego tuszu, dodając gdzie nie gdzie koloru. Jak choćby w ptakach wzlatujących w powietrze, gniazdujących w koronach drzew, muskających taflę wody.

Już wcześniej ktoś trafnie zauważył, że Krzysztof Figielski sztukę traktuje jako wewnętrzną podróż, poruszając się po peryferiach i pograniczach kultur, epok i krain geograficznych. Konsekwentnie nie ulegając modom i trendom, z równą swobodą czerpie ze świata organicznego i świata niczym nie skrępowanej wyobraźni. Odwołując się do tego co najprostsze i podstawowe, szuka harmonii i równowagi, pomiędzy tym co niesie kultura i sferą duchowości. Wśród ulotnych, nierzadko fragmentarycznych zapisów codzienności, można bez trudu dostrzec Drogę, która podąża. To twórcze połączenie duchowości, umysłu ze światem materii.

Oglądając uważnie rysunki i obrazy Krzysztofa Figielskiego, wnikając w ich materie, wnikamy też w siebie. W świat doznań i uczuć dający poczucie jedności i pełni. Patrzący nie odczuwa braku czy niedosytu. Człowiek pojawia się w jego pracach zwykle w formie symbolu czy znaku. Natura jest przestrzenią, z której Figielski czerpie i którą z oddaniem dyskretnie ogląda, będąc świadomym proporcji ludzkiego losu w niezmierzonym kosmosie materii.

Dla jednych jest artystą osobnym. Na co dzień wyciszonym, nieomal nieobecnym. Dla innych jawi się twórcą, który niczym błazen, z ironią komentuje doznawaną codzienność, jak choćby pozornie niezmienne trwanie drzew i znanych „od zawsze” połaci krajobrazu. Jeszcze inni widzą w nim alchemika, maga czerpiącego natchnienie z baśni, symboli i mitów wielu kultur. Sam usuwając się w cień, pokazuje nam jak ważne są rzeczy na pozór banalne, drzewo właśnie, ale też kamień, woda czy księżyc. Ten urodzony w Warszawie artysta, student Macieja Urbańca i Teresy Pągowskiej, absolwent stołecznej ASP, obcując z przyrodą przenosi do swoich prac obraz świata przebogatego w rośliny, stworzenia, świata między Ziemią a Niebem. Kosmosu, którego jesteśmy cząstką zaledwie. Popatrzmy w siebie i wokół i porozmawiajmy o drzewach. Jak mało kiedy one nas teraz potrzebują.

Jacek Jaśko, Kopaniec 28.02.2017

Wędrowiec

Historia zna przede wszystkim artystów osiadłych; uwięzionych w swoich pracowniach; uzależnionych od najbliższej kasy świeckiej lub kościelnej; najbliższego klubu lub knajpy; nałogowców swojej pozycji w środowisku. Jakkolwiek wydaje się nam, że artysta jest istotą osiadłą, to są od tego jakże wspaniałe wyjątki, poczynając od wielkiego Leonarda, który przez całe życie nie mógł sobie znaleźć miejsca, czy Dürera, czegoś poszukującego w podróżach, nie mówiąc o pomniejszych szwendalskich. Krzysztofa najczęściej spotykam w Szklarskiej Porębie i mogłoby się wydawać, że jest tam zakorzeniony na stałe. W każdym razie, do tła Karkonoszy czy Gór Izerskich pasuje jak ulał. Odnoszę wrażenie, że jest uwięziony i uzależniony od tego właśnie miejsca. Poza tym, od razu widać, że z tym krajobrazem wiąże go coś ważnego, może jakiś wybór, który jest równocześnie przeznaczeniem. Włóczymy się razem po lasach i górach, ale ostatecznie wracamy pod dach, spod którego wyruszyliśmy.

Zdarza się jednak, że niespodziewanie spotykamy się na warszawskiej ulicy. Takie spotkania są najczęściej przelotne; nie ma warunków do spokojnej rozmowy; ja spieszę do swoich głupstw, on także w pośpiechu, między jakąś redakcją, wydawnictwem czy galerią. Wtedy okazuje się, że Krzysztof jest jednak artystą wędrującym. Dlaczego? Bo pewnie nie da się żyć z samego oddychania górskim powietrzem, ani z podziwiania jego wspaniałego pejzażu. Możliwe też, że wskutek jakiegoś poczucia wewnętrznego obowiązku, piękno którym go syci natura górskiego świata, Krzysztof musi je transportować do świata nizin płaskich jak deska. Wśród rodzajów wędrowania jest także to, które potocznie nazywa się twórczością: wędrowanie ołówkiem, piórem czy pędzlem po papierze, płótnie lub desce. Oraz towarzyszące im swobodne wędrowanie myśli.

Nie chcę tu rozwodzić o specjalnościach wizualnego piękna, którym zajmuje się Krzysztof, ale dla porządku trzeba wspomnieć, że pierwszym jego językiem jest grafika; świat czarno-biały; poetyckie znaki przedmiotów zaczerpniętych ze świata prawdy i baśni. Jakie są to konkretne znaki i jak się przemieniają w procesie jego twórczych poszukiwań, to widzimy na wystawie. Warto jednak zauważyć też, że docelowym portem artystycznej żeglugi Figielskiego jest świat barwy. Widzimy jak w jego warsztacie grafika przemienia się w malarstwo, choć czasem odwrotnie, z malarstwa w grafikę. Znaki nabierają barwnego sensu, lub się z niego wycofują; wędrując w poszukiwaniu swego optimum, aby stać się pożądanym i użytecznym dopełnieniem naszej potocznej, prozaicznej realności: ilustracją, dekoracją, zapisanym snem.

Henryk Waniek, 2009

 

Wokół ilustracji

Bądź bardzo, bardzo cichy, a wtedy zobaczysz rzeczy    Basho

Kilka lat temu znalazłem się, zupełnie dla mnie niespodziewanie, w zaimprowizowanym warsztacie drzeworytniczym. Poczułem najpierw zapach farby drukarskiej, a potem, w następnym pomieszczeniu zobaczyłem leżące na stołach klocki z wyrzeźbionymi tybetańskimi tekstami i rysunkami. Krótka, trwająca nie dłużej niż kwadrans obecność w tym miejscu przypomniała mi przenikający wszystko zapach, który niczym woń kadzidła witał mnie, upartego kandydata na studenta, przychodzącego na konsultacje do budynku Wydziału Grafiki na Krakowskim Przedmieściu. Wchodziłem tam jak do świątyni spodziewając się Bóg wie czego, zdaje się jakiegoś wtajemniczenia, czy przekroczenia progu. Powracając do wydarzenia sprzed kilku lat, zajmowałem się wtedy intensywnie „pracą przy komputerze”, to jest nadrabianiem wieloletnich zaległości w tej dziedzinie. Dodam, że zanim byłem w stanie zrobić cokolwiek przy pomocy klawiatury i myszki, przeszedłem długi i dosyć bolesny okres oswajania tego narzędzia, kiedy to nic nie chciało się udać za pierwszym, drugim ani trzecim razem. W nocy rozgrzana głowa pracowała dalej nad rozwiązaniem kolejnego technicznego problemu. Drewniany klocek, który po prostu stabilnie spoczywał na stole był konkretny, namacalny i nie znikał po wciśnięciu nieodpowiedniej kombinacji klawiszy, czy próbie modernizacji systemu, jak pliki, moje i Hani, w komputerze. Prowokował. Zapragnąłem choć przez chwilę znaleźć się po drugiej stronie technologicznych łamańców, w miejscu prostoty środków wyrazu, druku bez udziału przemysłu poligraficznego, przeplatając okresy pracy na komputerze z doświadczeniem typu ”live with your hands”- żyj używając rąk. Nie interesowałem się zanadto grafiką określaną jako artystyczna, a kierowałem uwagę w stronę grafiki użytkowej. Chodziło mi bardziej o to, żeby zobaczyć co się jeszcze może przydać do robienia ilustracji. „Less is more”- mniej znaczy czasami więcej – to było dla mnie wartością. Redukowanie, używanie tylko czerni i bieli, opowiadanie o całości poprzez pokazanie fragmentu, a nade wszystko tworzenie bardziej znaków rzeczy niż ich wiernego obrazu zawsze mnie pociągało. Okazja do sprawdzenia najbardziej prymitywnego warsztatu pojawiła się wkrótce, przy realizacji cyklu „Góra Analogii”, poprzez tytuł nawiązującego do ostatniej, nigdy nie ukończonej powieści Renè Daumala. Jest to opis morskiej wyprawy w poszukiwaniu góry, wyższej od Mount Everestu, będącej rodzajem bramy pomiędzy widzialnym a niewidzialnym, góry, która „nie mogła nie istnieć”. Uczestnicy w trakcie ekspedycji powoli zaczynają rozumieć ukryte znaczenie ich podróży. Książka jest alegorią człowieka wyruszającego na poszukiwanie siebie. Jestem przekonany, że taka wędrówka do naszego prawdziwego ja jest równocześnie najprawdziwszą drogą do innych oraz, że świat rozciąga się na zewnątrz i wewnątrz nas. Postanowiłem zmienić początkowy zamiar ilustrowania tekstu. Nie związany konkretnym zamówieniem, a tylko podjętym przez siebie zobowiązaniem przedstawiłem własną propozycję na ten temat. Podobnie jak autorowi książki bliska jest mi idea przekraczania barier czasu i przestrzeni, a więc również języka, państwa, plemienia, a przede wszystkim zbliżanie się do tego, czego nie możemy tak po prostu zobaczyć i usłyszeć choć to jest. Są w moich pracach podróże powietrzne, skrzydlaty człowiek, ptaki, ocean pełen nieodkrytych skarbów, podróże podwodne, drzewa. Świat wyobraźni, archetypów czyli praobrazów, to przestrzeń ciągle odkrywana. Jeżeli charakterystyczne dla laboratorium naukowego jest badanie materii i wyjaśnianie, to dla mnie jest to przede wszystkim badanie wnętrza. Podobnie jak w baśniach i mitach chodzi o zrozumienie. Kiedy udaje się uchwycić to, co rodzi się w ciszy, domyka się cały proces.

Krzysztof Figielski, 2009